WIERZĄCY – (NIE)PRAKTYKUJĄCY

Takie sformułowania często padają, jako odpowiedź na pytanie – czy jesteś osobą wierzącą? Zastanówmy się najpierw, czy określenie wierzący – niepraktykujący ma sens. Posłużę się następującymi ilustracjami. Dajmy na to : wierzę w prąd. Prąd istnieje, jest bardzo przydatny, praktycznie bez niego, w dzisiejszych czasach, normalne życie wydaje się niemożliwe. Wierzę ponadto, że prąd może być niebezpieczny, a nawet jest w stanie spowodować moją śmierć. Jednak ja, podejmuję decyzję, że nie będę praktykował tej wiary. Nie będę korzystał ze światła, urządzeń elektronicznych, ani sprzętu AGD. Dla rozrywki, będę się huśtał na przewodach wysokiego napięcia, a żeby jeszcze mocniej uwierzytelnić moją niepraktykującą wiarę, włożę gołymi palcami dwa metalowe gwoździe do gniazdka elektrycznego. Inny przykład. Wierzę, że jestem matką, ponieważ mam dwuletniego syna. Postanawiam jednak, że nie praktykuję tej wiary. Nie karmię go, nie kupuję mu ubrań. Nie mówię do niego nic, nie słucham tego, co on mówi do mnie, nie pomagam mu w niczym. Gdy znajomi pytają mnie o moje dziecko, odpowiadam im, że wierzę w mojego syna, ale nie utrzymuję z nim żadnych kontaktów. Te dwa przykłady są niewątpliwie absurdalne i nierealne, nieprawdaż? Jednak, kiedy mówimy, że wierzymy w Boga, ale nie praktykujemy tej wiary, wykazujemy podobny stopień absurdu. Nie utrzymujemy z Nim żadnych kontaktów, nie stosujemy się do Jego zasad. Niech się Bóg cieszy, że w ogóle w Niego wierzę. Gdy ktoś nas jednak zapyta o tę kwestię  – odpowiadamy  – a jakże, jestem wierzący, ale nie praktykujący, nie mam na to czasu, mam inne problemy na głowie. 

Porównania którymi się posłużyłem, różnią się jednak czymś bardzo zasadniczym. Konsekwencjami. Bo jeżeli nie praktykowalibyśmy wiary w prąd, to przy pierwszej próbie jej „niepraktykowania”, z pewnością padlibyśmy martwi na ziemię. Prąd, nie miał by nad nami litości. Nie rozważałby, czy było to pierwszy raz, a może niechcący, a może wziąłby pod uwagę to, że w końcu jesteśmy całkiem przyzwoitymi ludźmi. Nie. Taka „analiza” nie zachodzi. Podobnie, gdybyśmy nie praktykowali wiary w nasze dzieci, nie byłoby ich dzisiaj z nami, z oczywistych powodów. 

Z konsekwencjami praktykowania wiary lub nie, w odniesieniu do Boga, jest nieco inaczej. Na całe szczęście dla nas. A tym szczęściem, jest łaska i miłość jakimi darzy nas Bóg, pomimo, że z naszą wiarą jest krucho. Wystarczy się rozejrzeć. Wśród nas jest wiele osób, które deklarują się jako wierzące – niepraktykujące. Zgodnie z naszym dotychczasowym rozumowaniem, już powinni nie żyć, a mimo to, tak się nie dzieje. Mało tego, są ludzie którzy nawet nie wierzą w Boga, a też żyją. Często nawet o wiele lepiej im się powodzi niż tym, którzy wierzą.

Wejdźmy nieco głębiej w to zagadnienie. Gdy oświadczę, że wierzę w Boga, to stwierdzam, że On istnieje. Czy to dużo? Czy to wymaga z mojej strony jakiegoś nadzwyczajnego intelektu, odwagi, gruntownych analiz naukowych? Czy to oznacza, że jestem osobą mocno wierzącą? Może dla niektórych tak. Dla mnie absolutnie, nie. To tak, jakbym z dumą rozgłaszał wszystkim dookoła, że wierzę w istnienie roślin, albo wody. Też mi wielki wyczyn!  Idealnym, wręcz modelowym przykładem istoty wierzącej w Boga i to bardzo – ale niepraktykującej, jest – szatan, zwany diabłem i Lucyferem. Kto jak kto, ale on doskonale zna Boga, jednak zdecydował się mu nie zaufać, zbuntował się i odstąpił od praktykowania Jego rad. I właśnie w tym tkwi cała istota problemu. Nie chodzi o to, żeby wierzyć w Boga, bo to, jak już ustaliliśmy, nie jest żadnym osiągnięciem. Chodzi o to, żeby wierzyć Bogu. Ufać mu. To jest zasadnicza różnica. Jeżeli ufam Bogu, to będę postępował zgodnie z Jego wolą, będę naśladowcą Jezusa. Bóg stworzył człowieka na swój obraz. Stworzył nasze ciało i tchnął w nie dech życia (1Mojż. 2,7). Człowiek istnieje tylko w połączeniu z Bogiem. Jest z Nim niejako „zrośnięty”. Z Pisma Świętego dowiadujemy się, że mamy Boską naturę. Jesteśmy jej uczestnikami (2 List Piotra 1,4  ; List do Galacjan 2,20). Nasze życie polega na więzi z Jezusem i tak naprawdę istniejemy tylko w tej „zrośniętej formie”. Żyć dla siebie, albo żyć dla Boga, oznacza to samo, co wybierać między śmiercią a życiem. Jeżeli wybierasz odłączenie się od Boga, bo chcesz żyć „własnym życiem”, to tym samym wybierasz śmierć.   I to nie wynika ze złośliwości, czy kary od Boga. To naturalny rezultat tego „zjawiska”. Bo poza Bogiem, nie ma życia, czy ci się to podoba, czy nie.

Zaraz, zaraz – powiesz. Ja jestem ateistą i dobrze mi z tym. Mam wypasiony dom, na brak zdrowia nie narzekam, rodzina super, a statusu finansowego i społecznego, może mi pozazdrościć nie jeden milioner. No właśnie. Już w tym miejscu widać różnicę pomiędzy „polityką prądu” a polityką Boga. Według tej pierwszej, działa twój wróg – szatan.

Z przyjemnością, w jednej sekundzie odebrałby ci życie, które ty postanowiłeś odrzucić, odłączając się od Boga i nie przyjmując jego daru. Ale Stwórca, mimo wszystko, na to nie pozwala. I dlatego jeszcze żyjesz. „Polityka” Boga jest taka, że On kocha ciebie i mnie bezwarunkowo, bez względu na to, co ty o Nim myślisz, co robisz, czego nie robisz, dokąd chodzisz, co posiadasz i czy w Niego wierzysz czy nie. Ofiarowuje ci czas łaski. Czas miłości. Czeka, aż Go znajdziesz, poznasz i zrozumiesz kim jest, kim ty jesteś, po co i dlaczego żyjesz, aż do tej chwili. To jest naprawdę fascynująca i wyjątkowa zależność. To jest prawdziwa miłość. Bo Bóg jest miłością (1 List Jana 4,7-9).

Podobna sytuacja miała miejsce już w Raju i dotyczyła Adama i Ewy – pierwszych stworzonych istot. Otrzymali oni wówczas od Boga informację, że gdy zrobią coś, czego nie powinni byli robić, na pewno umrą (2 Mojż. 2,17). Miał to być naturalny rezultat grzechu, czyli odłączenia się od Boga. Czy tak się stało? I tak, i nie. Nie umarli natychmiast, chociaż poprzez akt grzechu, „odłączyli się” od Boga, czyli własnego źródła życia. On jednak okazał im łaskę i mimo wszystko utrzymywał ich przy życiu. O Adamie wiemy z Biblii, że dożył nawet 930 lat (1 Mojż. 5,5).

U naszych pierwszych rodziców, w ogóle nie było kwestii wiary w Boga, ponieważ od początku przebywali z Nim i rozmawiali bezpośrednio. Problem był tylko w tym, czy Mu ufali. Generalnie tak. Ale pojawiła się chwila, w której na moment zwątpili, a tym samym popełnili pierwszy grzech. Później, tak się on rozprzestrzenił, że trwa do naszych czasów w ilości wręcz niewyobrażalnej. I dzisiaj mamy na świecie miliony ludzi, którzy mówią, że Bóg może i istnieje, ale mu nie wierzą, nie ufają, czyli nie praktykują wiary. To są ci wierzący – niepraktykujący. 

Biorąc pod uwagę to wszystko, o czym do tej pory powiedzieliśmy, jak nazwalibyśmy Polaków, którzy zamieszkują nasz kraj. Wybrałem Polskę, bo w niej żyjemy i znamy ją od podszewki. Statystyki, zarówno te z GUS-u jak i kościelne podają, że ponad 95% obywateli Polski to Katolicy. Rekordowy pod tym względem jest powiat łowicki, w którym katolicy stanowią 99,7% mieszkańców. Jeżeli to  prawda, to pytam się, kto siedzi w przepełnionych po brzegi więzieniach, kim zajmuje się Centralne Biuro Antykorupcyjne, skąd tyle morderstw, przemocy, gwałtów, kradzieży, kłamstwa, arogancji, chamstwa, pijaństwa, oszustwa, niewierności, intryg i nienawiści. Czyżby tę całą patologię generowało tych kilka procent „ateistów” (nie katolików). Niestety, myślę że nie. Według mnie, są trzy możliwe wytłumaczenia. Albo GUS jest w posiadaniu nieprawdziwych danych, albo termin – Katolik, jest niewłaściwie zdefiniowany, albo ludzie błędnie rozumieją słowo – wierzący. Pierwsza opcja raczej odpada, ponieważ GUS spisuje to, co mu podadzą. Z drugą, w zasadzie też można się zgodzić, ponieważ uzyskanie statusu katolika odbywa się niejako automatycznie już w okresie niemowlęcym, podczas aktu chrztu, kiedy jeszcze o niczym nie wiemy i raczej niewiele zdążyliśmy nagrzeszyć. Potem, czyli w dorosłym życiu, możemy tylko nosić nazwę katolika, a być już kimś zupełnie innym. Natomiast trzecia opcja, wydaje się najbardziej prawdopodobna. Czyli, niewłaściwe pojmowanie terminu – wierzący.

Znaczna część społeczeństwa,  i to nie tylko polskiego, utożsamia swoją wiarę, z uczestniczeniem w różnych formach kultu religijnego. Takie osoby, określają się jako wierzące – praktykujące. Wydawać by się mogło – ideał. Jednak tak nie jest. Praktyki kościelne (czyli zewnętrzna religijność) absolutnie nie są tożsame z prawdziwą, wewnętrzną  wiarą, czyli ufnością i mocną więzią z Jezusem. Tego możemy być na sto procent pewni, bo w przeciwnym razie, Polska (a okręg łowicki w szczególności) byłaby Rajem na ziemi, a nawet przedsionkiem Nieba. A czym jest? Każdy widzi. Nie wystarczyłoby nam życia, aby przeczytać wszystkie akta sądowe, tych wszystkich ludzi „wierzących”. A ile jeszcze jest tych, którzy nie dali się złapać…? 

Wybaczcie, że znów sięgnę po przykład polityków, ale akurat ta grupa, jest szczególnie publicznie eksponowana przez media, w związku z czym, mamy możliwość obserwacji ich na co dzień w telewizji, czy internecie. Czasami, kamery docierają też do kościołów, w których widzimy ich podczas „prezentowania” swojej wiary. Naprawdę, wyglądają całkiem pobożnie. Można byłoby oczekiwać, że gdy z nich wyjdą, będą emanować obfitą pobożnością. Niestety. Poza murami kościelnymi, kiedy widzimy ich już „w pracy”, czar pryska. Ich słowa, czyny, zawziętość, szyderstwa, ironie wypisane na twarzach, całkowicie demaskują ich pseudo religijność. Chociaż, a jakże, co drugi zwrot przez nich wypowiadany to: wartości chrześcijańskie, obrona uczuć religijnych, czy słowo katolik, odmieniane przez wszystkie przypadki. Powiedzmy sobie jasno. Ani krzyż umieszczony w Sali Sejmowej, ani inne krzyże rozwieszone w urzędach państwowych, ani zawierzenie Polski Matce Boskiej, nie zmienią postępowania ludzi. Tego może dokonać wyłącznie Jezus, i to tylko wtedy, gdy ten krzyż będzie w sercu każdego człowieka, a nie na ścianie. 

Na tym modelu (oczywiście takich ludzi jest o wiele więcej i to nie tylko wśród polityków), możemy wyodrębnić, dominujący (niestety) typ „wierzących”. Są to praktykujący – niewierzący. Spytacie, jak to możliwe? Ano bardzo prosto. Chadzają do kościoła, czasami uczestniczą w niektórych obrzędach (ponieważ jest to dobrze odbierane przez innych, i modne), obchodzą hucznie Wielkanoc i Boże Narodzenie (jest przecież wtedy tak miło, słodko, ciepło i kolorowo), ale tak na co dzień, w pracy, w domu, nie utrzymują łączności z Bogiem. Owoce to potwierdzają. A właściwie ich brak. To się nazywa religijność (najczęściej fałszywa), a nie wiara. Udawanie przed Bogiem, prowadzi donikąd.

Na zakończenie, jeszcze raz chciałbym podkreślić najważniejsze kwestie.       

Mamy tylko dwie opcje: zaufać Bogu, lub nie. Nie ma możliwości zrobienia tego połowicznie, a tym bardziej pozornie. Ufanie Bogu jest przywilejem i wyborem, którego możemy dokonać, jeżeli tak wybierzemy. Warto pamiętać, że twoje istnienie jest Jego wolą i  tchnieniem. On podtrzymuje w tej chwili bicie twojego serca (Dz.Ap. 17,28). Postanowił, że zaistniejesz. Na chwilę. Bo cóż znaczy tych 70-80 lat twojego życia w obliczu wieczności, która jest na wyciągnięcie ręki. Możesz jedynie podziękować Bogu, za tę możliwość. Możesz sam zdecydować, czy będzie to tylko ta „chwila”, czy wieczność. 

Każdy człowiek, dopóki żyje, a żyje dzięki łasce Bożej, ma możliwość posiąść prawdziwą wiarę, poprzez poznanie Boga. On jest gotowy spotkać się z tobą, tam gdzie jesteś i pomóc ci znaleźć się w miejscu, w którym powinieneś być. To jest dobra nowina, jaką niesie Ewangelia.

Więcej o prawdziwej wierze, czyli zaufaniu Bogu postaram się napisać w niedalekiej przyszłości, bo temat ten jest o wiele głębszy niż mogłoby się to wydawać. To, co tutaj zamieściłem, jest tylko wstępem i określeniem tematu. Starałem się niejako zdefiniować niektóre pojęcia i pokazać, jaka jest zależność pomiędzy prawdziwą wiarą a religijnością, czyli pozorną pobożnością.