Teologia dla każdego

Termin – t e o l o g i a – najprawdopodobniej interesuje niewielu. Panuje przekonanie, iż tymi sprawami zajmują się tzw. duchowni. Czy to słuszny pogląd? Nie chciałbym, aby tytuł zakładki, został zrozumiany jako teologia dla opornych, teologia w pigułce, czy teologia dla początkujących. Absolutnie, nie jest moim celem omawianie jej, nawet w zarysie. Mój zamysł jest zupełnie inny. Chcę powiedzieć tylko tyle i aż tyle: Teologia jest dla każdego człowieka. Nie jest ona domeną duchownych, biblistów, naukowców, literatów czy filozofów. Ona jest dla wszystkich. Bez wyjątku. Ująłbym to nawet mocniej. Każdy człowiek jest teologiem. W każdym razie powinien nim być. A to znaczy, że nieistotne jest czy jesteś geografem, fryzjerem, ekonomistą, nauczycielem, lekarzem, czy hydraulikiem. Teologia jest w Tobie. Inaczej mówiąc – Bóg jest w tobie. Spróbuję to wyjaśnić, a może nawet udowodnić…?                                                                                             

Omawiany termin, składa się z dwóch członów. Theos (gr.) – Bóg oraz logos (gr.) – słowo, nauka. Inaczej mówiąc – nauka o Bogu. Czyżby Boga można było „rozpracować” naukowo? Nie, tego nie da się zrobić, chociaż wiele osób próbuje. Ba, nawet zdobywane są na tym polu tytuły naukowe. Ale zapewniam, że to nie one są wykładnikami znajomości Boga. Bo czyżby osoba z tytułem doktora teologii, wiedziała więcej o Bogu niż magister, ale mniej niż profesor?  W tym przypadku, to tak nie działa. Podam tylko dwa proste przykłady, a jest ich znacznie więcej. W historii świata, nie było nikogo, kto by wiedział więcej o Bogu Ojcu, niż Jezus. A jak wiadomo, nie miał On żadnego formalnego wykształcenia religijnego. Natomiast Nikodem – dostojnik żydowski, faryzeusz, członek Sanhedrynu, wszechstronnie wykształcony, ówczesny profesor teologii, jak się okazało, nie rozumiał elementarnych nauk biblijnych. Na czym więc polega poznanie Boga? Czy to w ogóle jest możliwe? Apostoł Paweł w 1 Liście do Koryntian pisze: „Bo któż z ludzi wie, kim jest człowiek, prócz ducha ludzkiego, który w nim jest? Tak samo kim jest Bóg, nikt nie poznał, tylko Duch Boży” (1Kor. 2,11). Co więcej,  Chrystus poprzez ewangelistę Mateusza mówi: „Wszystko zostało mi przekazane przez Ojca mego i nikt nie zna Syna tylko Ojciec i nikt nie zna Ojca, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić” (Mt 11,27). No to jesteśmy w kropce…? Czyżby nie było to w naszej mocy? Czy Bóg nie życzy sobie, aby dociekać Jego Istoty? Wprost przeciwnie. Usilnie zachęca do tego. Wręcz nazywa głupcem, tego, który w Niego nie wierzy i nie szuka Go. „Bóg spogląda z niebios na ludzi, aby zobaczyć, czy jest kto rozumny, który szuka Boga?” (Psalm 53,3). Problem jest złożony. Tak do końca, nie da się poznać Boga (1 List do Koryntian 13,9-12), ale to co możemy i powinniśmy o Nim wiedzieć, zostało nam objawione (List do Rzymian 1,19-21). Żeby poznać Boga, musimy poznać Jezusa, bo „(…) nikt nie przychodzi do Ojca, tylko przeze mnie. Gdybyście byli mnie poznali i Ojca mego byście znali (…). Kto mnie widział, widział Ojca” (J 14,6.7.9). A więc, Jezus zachęca nas abyśmy badali jego Słowo i dążyli „(…) do poznania tajemnicy Bożej, to jest Chrystusa, w którym są ukryte wszystkie skarby mądrości i poznania” – jak pisze apostoł Paweł w Liście do Kolosan 2,2.3. Bóg nas stworzył. Jesteśmy Jego dziełem. Miłuje nas bezwarunkowo i bezgranicznie. Może wyda się wam to dziwne, ale Bóg tak samo kocha alkoholika czy narkomana, którzy pogubili się w życiu, jak biblijnego Abrahama, nazywanego ojcem wiary. Nie czyni różnicy ze względu na rasę, pochodzenie, płeć, stan majątkowy, biedę, wykształcenie, czy status społeczny. To kim jesteś i co posiadasz, nie ma żadnego znaczenia. Ważne kim jesteś w Chrystusie i jaką masz w Nim tożsamość. Jest to jedna z najważniejszych rzeczy, którą powinniśmy zrozumieć jako osoby wierzące. Nasza tożsamość pochodzi od Boga. On nas własnoręcznie „ulepił”. Wie o nas wszystko. Zna każdą naszą myśl. To, że właśnie w tej chwili żyjesz, to że bije twoje serce, myślisz i czujesz, jest tylko i wyłącznie Jego działaniem i darem. Sami z siebie jesteśmy tylko pyłem, ulotną parą, nie mamy niczego, nie możemy uczynić, nic co miałoby wieczną wartość (List Św. Jakuba 4,14). Bez Niego nic uczynić nie możemy (Ew. Jana 15,5). Nasza zależność od Niego jest całkowita. Warto być tego świadomym. Czy to jest dobra czy zła informacja? Sęk w tym, że niektórzy, gdy to do nich w końcu dotrze, będą tym faktem uspokojeni, inni zdziwieni, a jeszcze inni – przerażeni. Ci ostatni mogą sobie pomyśleć, że są w Jego rękach zniewolonymi marionetkami. Ale jest to nieprawdą. Bóg nigdy by takiego „układu” nie zaakceptował. Wprost przeciwnie, obdarzył człowieka wolną wolą i możliwością podejmowania decyzji. Możemy z niej korzystać. I … korzystamy! Obecny, tragiczny stan świata, jest niestety w dużej mierze pokłosiem tej wolności. Natomiast osoby zdziwione i niedowierzające, mogą na przykład stwierdzić :  „Jestem niewierzący. Boga nie ma. Nie modlę się o chleb, a mam go pod dostatkiem. Żyję, jestem niegłupi (co tam, jestem po prostu super inteligentny), mam cudowną rodzinę, nowoczesny duży dom, świetną pracę, pieniądze, zdrowie mi dopisuje, no i jestem niezależny. Wszystko to osiągnąłem pracą własnych rąk”. No właśnie, jak to wytłumaczyć? Takiemu człowiekowi odpowiedziałbym mniej więcej tak. „Ty w Boga może i nie wierzysz, ale On w ciebie owszem. To wszystko co „osiągnąłeś” było i jest wciąż Jego błogosławieństwem. Czy tego chcesz, czy nie, Bóg będzie przy tobie do ostatnich chwil twojego życia, wciąż czekając na to, aż zwrócisz wzrok ku Niemu i zrozumiesz Jego nieustającą miłość, przyjmując ją jako niezasłużony dar. Tak zrobił jeden ze złoczyńców (tzw. łotr), który wisiał na krzyżu obok Jezusa na wzgórzu Golgoty. Nie miał zbyt wiele czasu na nawrócenie, ale …zdążył. Prawda jest taka, że tylko w Bogu jest twoje życie. Poza Nim, nie ma życia. Dlatego właśnie wcześniej pisałem, że teologia jest w każdym człowieku, gdyż Duch Boży mieszka w nim. Biblia mówi wielokrotnie : „Ja jestem Pan i nie ma innego, oprócz mnie nie ma Boga (…). Do mnie się zwróćcie wszystkie krańce ziemi, abyście były zbawione, bo Ja jestem Bogiem i nie ma innego”(Izajasz 45,5.21.22).

Skoro Bóg jest we mnie i żyję tylko dzięki Niemu, to może „wypadałoby” bliżej Go poznać? Trzeba zaznaczyć, że poznanie Boga to coś znacznie szerszego i głębszego, niż tylko wiedza o Nim, czy poszerzenie swojej erudycji, to coś więcej, niż zrozumienie w sposób intelektualny. Jeżeli bierzesz sobie za żonę właśnie tę, a nie inną kobietę, to nie dlatego, że przeczytałeś jej CV, zobaczyłeś kilka zdjęć na Facebooku i wysłuchałeś opinii znajomych. Tak raczej nie wybiera się współmałżonka, ani przyjaciela. Zawsze musi upłynąć jakiś czas wzajemnego poznawania się. I z pewnością budowanie więzi, nie polega na spotykaniu się raz w roku, raz w miesiącu, czy nawet raz w tygodniu. Dla zakochanych, brak kontaktu ze sobą przez tydzień to wieczność. Oni nie mogą bez siebie wytrzymać nawet jednego dnia. A zatem, kluczem jest Miłość! W relacjach Bóg- człowiek, jest podobnie. Pismo Święte, już na samym początku sprawozdaje jak narodziła się miłość i jak została zraniona. Pierwsi ludzie, stworzeni własnoręcznie przez Boga, byli przez Niego obdarowani miłością o wręcz niewyobrażalnej sile. Mieli dosłownie wszystko. Nie brakowało im niczego. A mimo to, poprzez swoją decyzję (do której mieli prawo dane przez Boga) popełnili grzech, a tym samym, zerwali z Nim bezpośrednią łączność. To był cios zadany w samo serce Boga. W tym miejscu, chciałbym podkreślić pewien bardzo ważny szczegół, na który mało kto zwraca uwagę. Jeżeli zadalibyśmy pytanie: czy Bóg jest wszechmogący? Odpowiedź raczej wydaje się oczywista. Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Potwierdzają to liczne teksty Pisma Świętego i zdrowa logika. Ale jest pewien szkopuł. Interesująco tę kwestię określa Lee Venden – pastor, teolog, mówca, autor wielu chrześcijańskich książek. W jednej z nich – „Sednem jest Chrystus”- napisał o pewnej niezwykłej rzeczy. Nazwał ją – Bożym słabym punktem. Czyżby autor sugerował, że Bóg posiada jakąś „wadę”? Absolutnie NIE. Problem dotyczy wolnej woli człowieka. Bóg może wszystko, i dla Niego nie ma NIC niemożliwego. Poza jednym. Nie może zmusić człowieka do tego, aby Go kochał !!! Gdyby tak było, świat byłby dzisiaj piękny, a po ziemi chodziłoby około 7 mld „świętych”, doskonale wysterowanych, bezgrzesznych istot. Nie trzeba być wyjątkowo spostrzegawczym, żeby stwierdzić, że tak nie jest. Skutki niewłaściwie wykorzystywanej przez człowieka wolnej woli widzimy na każdym kroku. Ale to już inna historia.   

W 13. Rozdziale Ewangelii Jana, możemy przeczytać o tym, jak apostoł Piotr przyrzeka Jezusowi, że nigdy się Go nie zaprze, że kocha Go ponad życie i jest w stanie poświęcić je dla Niego. Jak ta obietnica się „wypełniła”, dobrze wiemy. Piotr zaparł się Jezusa trzykrotnie. „Nie znam tego człowieka” – to są jego słowa! W pewnym sensie Piotr powiedział prawdę. Bo  wtedy on Go jeszcze faktycznie w pełni nie znał i nie rozumiał. Nie doświadczył głębokiej przemiany, nawrócenia. Ale chciałbym tutaj zwrócić szczególną uwagę na to, co poczuł wtedy Jezus, ponieważ to jest istotą problemu. To był zawód miłosny. Ten, kto go kiedyś przeżył, to wie o czym mówię. W 21. rozdziale Ewangelii Jana, już po zmartwychwstaniu, Jezus nad Jeziorem Galilejskim, mając w pamięci jego trzykrotne zaparcie się (chociaż wybaczył mu ten czyn całkowicie), zadaje Piotrowi analogicznie trzykrotnie pytanie – „Piotrze, czy ty mnie miłujesz?”. Przy czym Chrystus używa tutaj słowa greckiego agape, czyli najwyższej formy miłości. Piotr natomiast, odpowiada – „Ty wiesz, że cię miłuję”, ale używa słowa greckiego fileo, czyli przyjaźń. Jezus pyta – czy możemy, w takim razie, przynajmniej na chwilę obecną,  zostać chociaż przyjaciółmi? Piotr nie był gotowy na miłość agape. Odsłonięcie Bożego słabego punktu polega na tym, że On pozwala nam odpowiedzieć zgodnie z naszą decyzją, która ma wpływ na Niego samego. Bóg cierpi z powodu nieodwzajemnionej miłości. My mamy prawo odrzucić Jego miłość. Odrzucić Jego ofertę przebaczenia i zbawienia z łaski. Nigdy nas nie zniewala. Ten fakt, ta prawda – jak mówi  Lee Venden – wręcz zapiera dech w piersiach. Stworzyciel Wszechświata, Król królów i Pan panów, pyta człowieka, swojego stworzenia (świadomie narażając się na możliwość odmowy) – czy możemy zostać przyjaciółmi, czy ty mnie kochasz? A człowiek odpowiada – „chodziłem do kościoła, składałem dary, wspomogłem bezdomnego dwuzłotówką, korzystałem ze Świąt, nawet je lubiłem, nikogo nie zabiłem, nie skrzywdziłem (chyba…?), ale tak naprawdę nigdy Cię nie kochałem, bo cię nie znałem, nie miałem na to czasu”. Jak to bardzo musi Boga boleć. Philip Yancey, autor książki „Jezus jakiego nie znałem”, postanowił swego czasu udać się na samotną wędrówkę na całkowite odludzie, w góry Skaliste (w stanie Kolorado), aby tam przeczytać całą Biblię. Jego celem było „wyłowienie” z tej Świętej Księgi, głównego tematu, przesłania, które mógłby ująć w kilku zdaniach. Dokonał tego, a jego wniosek był mniej więcej taki. Bóg stworzył człowieka na swój obraz i umiłował go miłością wieczną i bezwarunkową. Cała Biblia sprawozdaje od początku do końca o ciągłych, nieustających wysiłkach podejmowanych przez Boga, które dążą do odbudowania relacji z ludźmi. Bo tylko ta ścisła więź z Jezusem, może przenieść nas do Jego Królestwa, gdzie On chce abyśmy z Nim byli. Ważne jest to, abyśmy zdali sobie sprawę, że to nie tylko my tęsknimy za Bogiem, ale On za nami o wiele bardziej. „Człowiek jest tęsknotą Boga, jest celem Jego miłości” (św. Augustyn). Cała Biblia, od pierwszych kroków Boga, które słyszymy w ogrodzie Eden, i od pierwszego Bożego wołania w Księdze Rodzaju: „Gdzie jesteś”, aż po ostatnie stronice Księgi Apokalipsy – „oddycha” Jego pragnieniem człowieka. (K.Wons, Tęsknota za Ojcem, Wydawnictwo Salwator, Kraków 2012, s. 24.). Dlatego właśnie twierdzę, i jestem o tym głęboko przekonany, że  nasze całe jestestwo wypełnione jest obecnością Boga. Jesteś teologiem, choć może o tym nie wiesz. Nasza natura lgnie do Niego jak magnes. W każdym z nas bije serce, które tęskni za Ojcem. Cała Biblia, z powodu Jego miłości do nas, opisuje krok po kroku, Boże dążenie do odbudowania zerwanej więzi. Aż do ostatniej Księgi Apokalipsy, gdzie potwierdza swoją nieustanną gotowość do przyjęcia każdego, kto tylko odpowie na Jego miłość. „Oto stoję u drzwi i kołaczę. Jeśli ktoś usłyszy głos mój i otworzy drzwi, wstąpię do niego i będę z nim wieczerzał a on ze mną” (Ap 3,20). Proszę zwrócić uwagę, że „klamka” drzwi do naszego serca, jest tylko po wewnętrznej stronie. Po naszej stronie. Bóg nie wejdzie do twojego serca „z buta”. Jezus szanuje twoją decyzję. Czeka, aż otworzysz drzwi. Tylko tyle i aż tyle. To jest JEDYNA DROGA do zbawienia. Wpuszczenie do serca Jezusa i poznanie Go. „Ja jestem Droga i Prawda i Żywot, i nikt nie przychodzi do Ojca, tylko przeze mnie” (Jan 14,6). W 17. Rozdziale Ewangelii Jana, Jezus mówi bardzo wyraźnie i jednoznacznie, co to jest zbawienie i jak z niego skorzystać. Chrystus nie mówi, że życie wieczne uzależnione jest od chodzenia do kościoła, znajomości liturgii, bycia religijnym, bycia dobrym człowiekiem, nie palenia papierosów, nie kłamania, nie cudzołożenia, etc. (chociaż to wszystko jest również ważne), ale mówi coś innego. „A to jest żywot wieczny – aby POZNALI CIEBIE, jedynego prawdziwego Boga i Jezusa Chrystusa, którego posłałeś” (Ew. Jana 17,3). Podobne słowa znajdziemy w Księdze Dziejów Apostolskich 4,12 –  „I nie ma w nikim innym zbawienia, albowiem nie ma żadnego innego imienia pod niebem, danego ludziom, przez które moglibyśmy być zbawieni”. Życie wieczne opiera się w całości na poznaniu Jezusa. To wszystko. Ewangelista Mateusz to potwierdza, zapisując słowa Jezusa: „Będziesz miłował Pana, Boga swego z całego serca i z całej duszy i z całej myśli swojej. To jest największe i pierwsze przykazanie” (Mt 22,37-38). Wielu tzw. „wierzących praktykujących” sądzi, że bycie chrześcijaninem polega na praktykowaniu religijności – chodzeniu do kościoła, niejedzeniu w piątek mięsa, dawaniu na tacę, przyjmowaniu księdza po kolędzie, i spełnianiu wielu innych tradycji i liturgii kościelnych. A to o czym tutaj wcześniej, z takim naciskiem pisałem, jest tylko „ciekawostką” dla hobbystów ? Otóż NIE. Prawda jest taka, że poznanie Jezusa i rozwijanie głębokiej codziennej relacji z Nim, nie jest dodatkiem do chrześcijaństwa, ale jego ISTOTĄ. To podstawa wszystkiego! Gorąco zachęcam Cię, do nabycia książki Lee Vendena „Sednem jest Chrystus”. Ta książka była i nadal jest dla mnie jedną z najważniejszych (poza Biblią) jaką kiedykolwiek czytałem. W zakładce „Ważne książki” podam jeszcze kilka innych pozycji, które naprawdę warto przestudiować.  

Na koniec, chciałbym przekazać coś najważniejszego. I to właśnie jest celem mojego „wpisu” w internecie. Nie namawiam Cię do poszukiwania tego jedynego prawdziwego kościoła (chociaż możesz to robić, bo niczego złego w tym nie ma), nie namawiam Cię do podjęcia studiów teologicznych (choć w tym też nic złego nie ma),  nie namawiam Cię do prowadzenia dysput teologicznych (choć czasami mogą okazać się cenne), nie namawiam Cię do wyliczania, kiedy  będzie koniec świata, bo to nie jest w ogóle istotne (dla niektórych może to być już jutro). To co robisz na co dzień – zawodowo, rodzinnie, czy jakkolwiek  – jest na pewno ważne, potrzebne i cenne. Ale NAJWAŻNIEJSZĄ RZECZĄ, JAKĄ KIEDYKOLWIEK ZAJMIESZ SIĘ W SWOIM ŻYCIU, JEST POZNANIE JEZUSA !!! Nie istnieje nic ważniejszego ponad to. Bo gdy On powróci, to powróci po swoich przyjaciół. Ja jestem jednym z nich i chcę nim pozostać, aż do końca. Mam nadzieję, że Ty także chcesz nim być. Jeżeli  obawiasz się, że poświęcając swój czas na poszukiwanie i poznawanie Boga, stracisz swój doczesny świat, swoją pracę, pasje, czy inne „uciechy życia”, to Jezus ma dla ciebie cenną informację i radę. Gdy z niej skorzystasz,  możesz być pewny, że nie zawiedziesz się. „Ale szukajcie najpierw Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a wszystko inne będzie wam dodane” (Ew. Mateusza 6,33).